Anaal Nathrakh – The Whole Of The Law – Recenzja

anaal-nathrakh-bandlook_prost

RECENZJA ANAAL NATHRAKH – THE WHOLE OF THE LAW

Na pewno znacie to uczucie, kiedy puszczając płytę jakiegoś zespołu po raz pierwszy łapiecie się za głowę i krzyczycie na całe gardło „ jakie to jest dobre, czemu tak późno na to trafiłem!”. Dokładnie taka sytuacja miała miejsce, gdy po raz pierwszy usłyszałem Hell Is Empty, All the Devils Are Here od Anaal Nathrakh. Pamiętam wrażenie muzycznego monolitu, albumu, którego trzeba słuchać zawsze od początku do końca naraz. Płyta aż ociekała klimatem. Nie mogłem się nadziwić, że można grać muzykę tak ciężką i jednocześnie tak wpadającą w ucho. Brytyjskie duo w sposób dla mnie idealny połączyło gridcore’ową i black metalową furię z refrenami, które tygodniami potrafią chodzić po głowie, i groovem, który pompuje słuchacza energią i nie pozwala spokojnie usiedzieć, tylko każe machać głową czy przytupywać do rytmu. Do tego wokal Dave’a Hunta, którego krzyk brzmi jak legion potępionych, oraz dawka elektroniki, które tylko potęgowały wrażenie nadchodzącego nieszczęścia. Po przesłuchaniu pozostałych albumów zespołu stałem się  jego wielkim fanem, stąd bardzo ucieszyła mnie informacja o zbliżającym się nowym krążku – The Whole Of The Law to już dziewiąty album w dorobku duetu z Birmingham.

 

 

anaal-nathrakh-whole-of-the-law

 

Od samego początku płyty słychać w pewnym sensie muzyczny powrót i nawiązanie do  rozwiązań z Hell Is Empty (…) oraz In Constelations of the Black Widow, uważanych ogólnie za najlepsze albumy zespołu. Na poprzednich dwóch – Vanitas oraz Desideratum – w moim odczuciu trochę zbyt mocno było czuć tą core’ową cześć AN. Nie zrozumcie mnie źle, nic nie mam do core’u, jednak do tego zespołu mi to nie pasuje. Może to kwestia przyzwyczajenia do pędzącej perkusji i ściany gitar oraz klimatu, który dzięki nim tworzą muzycy, a którego brakuje mi momentami na wspomnianych Vanitas i Desideratum. Na tym krążku Mick Kenney powrócił do blackmetalowych pejzaży i furii blast beatów. Chłopaki przechodzą samych siebie. Gitary i perkusja gnają na złamanie karku, a Dave Hunt wspina się na  wyżyny wokalne i pokazuje, dlaczego jest aktualnie jednym z najlepszych wokalistów metalowych. Od udręczonego skrzeku, poprzez brzmiący jak natchniony czysty wokal, na falsecie a’ la Iron Maiden w Extravaganza kończąc.

 

 

anaal-nathrakh-bandlook

 

Muszę przyznać, że pierwsza część albumu na początku mnie nie przekonywała. Singiel Depravity Favours the Bold jest dobry, ale trochę mnie rozczarował i nawet niespecjalnie wiem dlaczego. Po prostu to nie było to „coś”. To nie tak, że odsłuch tej części albumu był dla mnie męczący, teraz słucham go z przyjemnością, ale dojście do tego stanu rzeczy zajęło sporo czasu. Sytuacja zmieniła się wraz z utworem In Flagrante Delicto, szóstego na płycie, który po prostu rozsmarował mi mózg. To jest dokładnie to, co ubóstwiam w tym zespole. Już sam początek, przypominający wstęp do jakiegoś horroru oraz skrzek wokalu powoduje ciarki na plecach. Potem zwrotka i piękny, niemal powermetalowy refren, a kiedy wchodzi groove, to mam ochotę skakać po całym pokoju jak opętany. Zdecydowanie mój ulubiony utwór z całej płyty. Inne piosenki, które przykuły moją uwagę, to wspomniana wcześniej Extravaganza, która ma przecudowny klimat niczym nieskrępowanego szaleństwa (słuchając go mam w głowie obraz batmanowego Jokera), oraz On Being a Slave, która brzmi jak hymn potępionych ze swoim smutnym, niemal podniosłym refrenem oraz solówką unoszącą się ponad brudem gitary rytmicznej. Of Horror and the Black Shawls, które kończy album niemal idealnie, również zwraca na siebie uwagę przede wszystkim klimatem. Śpiew chóru, pobrzmiewający gdzieś w tle całej piosenki, przywodzi na myśl obraz ostatecznej bitwy pomiędzy dobrem a złem, a gitarowe solo jest najlepszym na tej płycie. Zespół dołożył od siebie jeszcze dwa bonusowe utwory – covery Powerslave zespołu Iron Maiden oraz Man at C&A zespołu The Specials, które są dobre, ale nic poza tym.

 

The Whole Of the Law to dla mnie najlepszy album AN. Ma w sobie wszystkie elementy, które przyciągnęły mnie do ich twórczości. Jednocześnie słychać rozwój obu muzyków. Jeśli szukasz muzyki ekstremalnej, która zostanie w Twojej głowie (i uchu) na dłużej, to z całego serca zachęcam do zapoznania się z twórczością Micka Kenneya oraz Davida Hunta.

9/10

 

 

Przemysław Rudnicki