ETERNAL DEFORMITY – THE BEAUTY OF CHAOS, czyli turpizm w najpiękniejszym wydaniu.

Od jakiegoś czasu z coraz większym sceptycyzmem zabieram się do przesłuchiwania albumów prezentujących muzykę metalową. Po kolejnych szumnych „dziełach” rodzimych Anti-tank Nun, Acid Drinkers czy Huntera, zacząłem się zastanawiać, czy ta muzyka jest nadal dla mnie, ponieważ doszedłem do wniosku, że absolutnie nic nie jest w stanie mnie, nie tylko zaskoczyć, ale i w ogóle spodobać się choć trochę. Każdemu życzę, aby w podobnych momentach zwątpienia w coś, co kocha, trafił na taki diament, jakim jest polski zespół Eternal Deformity.

ETERNAL DEFORMITY – THE BEAUTY OF CHAOS Chłopcy z Żor wydali w 2012 roku swój piąty w karierze (trwającej od 1993 roku) krążek, The Beauty of Chaos, przez którego musiałem przemeblować swoje TOP10 najlepszych albumów wszech czasów. Mało kto z Was słyszał o Eternal Deformity, ale wina leży i gnije po stronie osób trzecich. Praktyczny brak istnienia zespołu na polskiej scenie jest spowodowany wydawaniem wszystkiego, co tworzą, we włoskich wytwórniach Aural Music i Record Label Code 666, z których żaden makaroniarz nie pomyślał o wydaniu w Polsce choćby kilku kopii dla rodziny i przyjaciół muzyków. Żal jest tym większy, że muzyka, którą robią, stoi na najwyższym (powiedziałbym światowym, ale świat już nie tworzy tak doskonałej muzyki metalowej, jak ED) poziomie.

Spytacie „co oni takiego robią, że ten koleś się nimi jara jak winda w Babilonie?”. Eternal Deformity (jak dla mnie) gra melodyjny, awangardowy death metal, rodzaj death metalu będący najbardziej przystępny dla sceptyków gatunku. Najlepiej byłoby posłuchać i w ogóle nie czytać tego, co dalej napiszę, ponieważ – choćbym się dwoił i troił – nie oddam klimatu, który został zawarty na zgniłozielonym krążku zawierającym 7 długich utworów + Intro.

Intro otwiera całą kompozycję. Dźwiękami kapiącej wody, instrumentów smyczkowych i tajemniczymi szumami wprowadza nas w niepokój i ciemność, jakbyśmy bez zapasowych baterii do latarki przeszukiwali mroczną jaskinię. Pierwsze takty następującego później utworu Thy Kingdom Gone sprawiają uczucie poślizgnięcia się w tej jaskini i spadania korytarzami pełnymi niebezpieczeństw aż na sam dół, do najgłębszych i najzimniejszych pieczar. Utwór jest progresywną plątaniną szybkich, mocnych riffów i wspaniałych melodyjnych partii skrzypiec przy szybkich, niejednostajnych i przyjemnych bębnach, mieszanina drapiącego growlu i czystego, rockowego wokalu. Metrum zaczyna się od 3/8, gdzieś w środku utworu przechodząc w bridge o metrum 11/4, więc nudy nie ma kiedy uświadczyć. Kolejny kawałek Lifeless jest jednym z moich ulubionych. Mamy tu znów zmiany rytmu, nieco lżejszy refren przypominający stylem niedawno wydany progrockowy album Riverside – Shrine of New Generation Slaves. Taki styl metalowego „pinkfloydowania” pojawi się na płycie jeszcze nieraz i gwarantuję, że będą to błogie chwile. Kolejny utwór rozpoczynają nieziemskie klawisze i człowiek już wie, że zostanie w tej pajęczynie dźwięków na dłużej. Caught out Lying to wyjątkowo majestatyczny utwór, do którego na koncercie wypada przestać machać czupryną w rytm podwójnej stopy. Dalej usłyszymy The Beauty of Ultimate End, który jest oczywistym nawiązaniem do tytułu albumu i do tego arcydziełem, również przywodzi na myśl Szatana, tym razem wychodzącego z piekielnych grot na ziemię wraz ze swoją armią diabłów i zabierający ze sobą ludzkość do siebie na dół. Te obrazy, o których piszę nie są wytworem mojej wyobraźni, a autentycznymi malowidłami tworzonymi na bieżąco przez muzykę Eternal Deformity, płynącą ogromną flotą z głośników. A jest to rejs przez sztorm.

O każdym utworze możnaby pisać bardzo długo, pewnie nawet dłużej niż trwają. Ogólnie kompozycja składa się z samych wisienek pościąganych z różnorakich tortów, w większości jednak pogrzebowych, niż weselnych. Instrumentalnie wypada niemal nieskazitelnie, ciężkie riffy z instrumentami smyczkowymi i dętymi, a także dźwiękami fortepianu (wcale nie okazjonalnie) są wciągające i sprawiają, że wracamy do słuchania albumu bardzo często. Teksty, jak to w death metalowej muzyce, dotyczą niemal jedynie śmierci i całemu albumowi przewodzi jedna konkluzja: na końcu naszego życia nie ma nic nadprzyrodzonego czy świętego, zostają tylko gnijące truchła i smutek. Słowa pełne są obrazów śmierci, oskarżeń i apelów do słuchaczy o podążaniu za własnymi przekonaniami. W utworze The Sun pada oskarżenie przeciwko słońcu, które jest według autora przyczyną stworzenia religii, największego kłamstwa cywilizacji. Można się nie zgadzać z takimi postulatami, natomiast ciężko zaprzeczyć geniuszowi kompozycji albumu The Beauty of Chaos. Ta muzyka jest awangardowa – ale nie ekskluzywna. Majestatyczna – lecz nie pretensjonalna. Prezentuje ciężkie brzmienie – lecz jest łatwa w odbiorze. Opowiada o strachu, śmierci i buduje obrazy makabry – ale robi to w formie arcydzieła estetyki. Pisać o najgorszych, koszmarnych rzeczach w sposób tak wrażliwy potrafią tylko wybitni i wydaje mi się, że Eternal Deformity trafił tym albumem właśnie w takie sfery.