12.02.2014 Łukasz Żeromski Muzyka, Płyta Tygodnia,

Ora pro nobis… Behemoth!

behemoth

Po wielu dniach mrozu i mroku, w Gdańsku wreszcie zawitało słońce i miało się wrażenie jakoby były to pierwsze, wczesne oznaki radosnej wiosny. Wraz z piękną pogodą na sklepowe półki zawitał nowy album trójmiejskiej grupy Behemoth zatytułowany „The Satanist”.

Album już od ubiegłego roku zaczął gromadzić wokół siebie nowych fanów. Wtedy do Internetu trafił promocyjny singiel „Blow Your Trumpets Gabriel”. Co to będzie? Czy coś się zmieni? Czy Behemoth może nas czymś jeszcze zaskoczyć? – takie pytania rodziły się w głowach miłośników ciężkiego grania. Wszystko wyjaśniło się dokładnie dwa miesiące później.

Album zebrał wiele wspaniałych recenzji od takich pism jak “Teraz Rock”, “Polityka” czy… “The Guardian”. Już parę dni przed premierą niektórzy niecierpliwi fani dostali w swoje ręce album i… zaczęli przecierać uszy ze zdumienia! Kiedy w końcu odpakowałem swój krążek pomyślałem „No, wreszcie sam ogarnę o co chodzi” I zdecydowanie nie zawiodłem się!

Po obróceniu płyty w dłoni, spojrzenie z okładki rzuciła na mnie tajemnicza twarz. Okładka przedstawia kielich z głową starszego mężczyzny, wszystko utrzymane w ciemnej kolorystyce. Nie jest jednak tak ważne co znajduje się na okładce, ile jak ona powstała.

Autorem okładki jest rosyjski okultysta, malarz – Denis Forkas. Co ciekawe, Denis jest również wykładowcą na Uniwersytecie Moskiewskim. Do malowania okładki użyta została krew Nergala, który jako uzasadnienie swojego pomysłu podaje, że ta krew wcześniej chciała go zabić, a teraz pływa w jego żyłach i daje mu nowe życie.

Po szybkich oględzinach następuje punkt docelowy – uruchamiamy płytę. I tutaj zaczyna się istna wieczerza. Pierwszy kawałek „Blow Your Trumpets Gabriel” nie zdradza jeszcze ogólnego stylu płyty. Można by powiedzieć, że ma w sobie coś z poprzedniego krążka grupy. Następne dwa kawałki, dają nam dużo mocy i spory zastrzyk energii. Jednak prawdziwy płytowy boom zaczyna się z czwartym utworem „Ora Pro Nobis Lucifer”, który powala na kolana i spokojnie mógłby się nazywać „Ucieczka przez las z prędkością 666 mph”. Póżniej po „Amen”, tytułowym „The Satanist” i znów mocnym „Ben Sahar” następuje ciekawostka w postaci „In The Absence Ov Light”. W tej piosence, Nergal cytuje Witolda Gombrowicza, a konkretnie parę wersów ze „Ślubu”. Płytę, zdecydowanie za szybko, kończy mięsisty „O Father O Satan O Sun!”.

Po chwili zastanowienia szybko dochodzimy do wniosku, że ta płyta różni się od pozostałych krążków tej grupy. Jest wyjątkowa, ma w sobie coś nowego, coś fajnego… Tylko co?

Każdy kto wcześniej słuchał Behemotha mógł zwrócić uwagę na „bardziej przystępną” rytmikę całej płyty. Poza tym w utworach coraz częściej pojawia się melodia. Nie bez powodu, akapit wyżej, „In The Absence Ov Light” nazwałem piosenką. Nie ma w tym nic złego – sam Nergal wlaśnie tak wypowiada się o tym utworze. Co wokalista Behemota miał na myśli mówiąc, że w jego żyłach płynie nowa krew? Takie i inne pytania, jak z resztą całą płytę, zespół pozostawia nam do naszej wolnej interpretacji.