Selah Sue w starym Maneżu – relacja

sela

 

Podbija nie tylko listy przebojów ale również serca fanów w absolutnie każdym mieście, w którym się pojawi. Selah Sue, bo o niej mowa, to belgijska wokalistka uznawana przez wielu z jedno z najważniejszych objawień muzyki soulowej XXI-ego wieku. Chociaż w trójmieście zagrała już po raz trzeci, nie było to przeszkodą aby 6 maja Stary Maneż wypełniony był ludźmi głodnymi jej niesamowitej twórczości i fantastycznych umiejętności wokalnych.

 

Koncert rozpoczął się punktualnie o godzinie 20:00. Artystka wyszła na scenę po czym momentalnie zaskarbiła sobie serca wszystkich widzów swoim cudownym wykonaniem „I Love You, Porgy”. Piękna piosenka i pojedyncze światło skierowane tylko na wokalistkę sprawiło, że absolutnie cała uwaga widzów była skupiona na scenie. Jeżeli ktoś nie był oczarowany jeszcze przed koncertem to w tym momencie nie było już żadnych wątpliwości. Selah Sue zaprezentowała nam utwory zarówno z pierwszej jak i drugiej płyty, płynnie przechodząc pomiędzy nimi pomimo odrobinę odmiennych stylów, niejednokrotnie uzbrajając się w swoją gitarę. Nie zabrakło więc znanych i lubianych „Daddy”, „Reason”, „Raggamuffin”, „Fyah Fyah” czy „Black Part Love”, z czego ten ostatni został zespojony z autorskim wykonaniem „Lost Ones” Lauryn Hill, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.

 

Równie zaskakujące było dla mnie koncertowe wykonanie piosenki „Together”. Zazwyczaj zwrotki gościnne na koncertach były grane z taśmy lub całkowicie pomijane. Selah Sue, po wykonaniu swojej pierwszej i drugiej zwrotki przystąpiła do wykonania rapowej (!) zwrotki Childish Gambino, którą połączyła jeszcze z fragmentem „B*tch, Don’t Kill My Vibe” Kendricka Lamara. Dla mnie, osoby która rapu słucha na co dzień było to nie tylko ogromnie pozytywne zaskoczenie i chylę czoła przed umiejętnościami wokalistki.

 

Oczywiście nie mogło się obyć bez znanego wszystkim „This World”, wykonanym oczywiście bezbłędnie, po którym swoje przysłowiowe pięć minut mieli członkowie towarzyszącego Jej Belgijskiej Soulowej Mości zespołu. I tak oto wysłuchaliśmy wesołej, funkowej solówki na gitarze basowej, elektryzującego solo głównego gitarzysty, energicznego popisu umiejętności perkusisty oraz czarnoskórej wokalistki, odpowiedzialnej za drugi głos na scenie. Dla mnie jednak punktem kulminacyjnym było „Alone”, które wykonane na żywo brzmiało sto razy lepiej niż nagrane na płycie ale sprawiło też, że zacząłem śpiewać razem z artystką.

 

I to prowadzi mnie do najważniejszej kwestii związanej z tym koncertem. Fantastyczny repertuar i świetny kontakt z publicznością sprawił, że potwierdziły się wszelkie spekulacje dotyczące niesamowitej energii na koncertach Selah Sue. Widać było, że każdy kto przyszedł na koncert, był nim zaabsorbowany, pozwalając swojemu ciału na swobodne poruszanie się do rytmu i śpiewanie fragmentów tekstu nie tylko w momencie gdy artystka to sugerowała. Mam wrażenie, że widownia mogliśmy zrobić większy hałas, ale jest to wrażenie, które mam na każdym koncercie w jakim biorę udział. Nie można było jednak zaprzeczyć istnieniu radości i pozytywnej energii, która docierała do nas ze sceny i z głośników, a wykorzystanie oświetlenia dla dopełnienia efektu było spójne z całością występu, co mogliśmy zobaczyć między innymi podczas wykonywania „Peace Of Mind”.

 

Tutaj warto wspomnieć krótko jeszcze o samym miejscu. O Starym Maneżu redakcyjni koledzy pisali nie raz i zawsze były to pochlebne i pozytywne informacje. Wszyscy, którzy tam byli jednomyślnie stwierdzają, żeto fantastyczne lokum na wydarzenia muzyczne a kto jeszcze tam nie był powinien jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy. Osoby odpowiedzialne za realizację dźwiękową jak i wizualną po raz kolejny udowodnili, że są jednymi z najlepszych w tym fachu w trójmieście.

 

Nie było opóźnień. Nie było supportów. Nie było niesamowitych pokazów i efektów świetlnych. Nie było też ani jednej osoby, która wychodząc miała niezadowoloną minę. Ci, którzy mieli jakieś oczekiwania do belgijskiej wokalistki jak i ci, którzy przyszli tam dla dobrej zabawy w żadnym aspekcie się nie zawiedli. Połączenie świetnego miejsca, jakim jest Stary Maneż oraz niesamowitej wokalistki, którą Selah Sue bez wątpienia jest, było wspaniałym doświadczeniem. Mam nadzieję, że na następną okazję ujrzenia jej na żywo nie będziemy musieli długo czekać, a jedynym słusznym podsumowaniem jest: „give me a reason… not to love her”!

 

Kajetan Cieślak